Pani Zinimo

Pani Zinimo

   Żyła kiedyś kobieta, która miała tylko jedną pierś. Trzeba dodać, pierś olbrzymią, która wyrastała ze środka jej klatki piersiowej i zwisała aż do kolan. Kiedy kobieta chodziła, pierś podskakiwała w rytm kroków, powodując potworny hałas:
   Zinimo! Zinimo! Zinimo! Zi!
   Zinimo! Zinimo! Zinimo! Zi!

   Dlatego też nazywano ją Panią Zinimo.

   Straciwszy męża w czasie ciąży, przysięgła zjeść swoje dziecko, gdy tylko ukończy dziesięć lat. Urodziła syna i nazwała go Kolia. Gdy Kolia skończył dziesięć lat, Zinimo, matka o zębach w kształcie kłów, powiedziała mu wprost, że zamierza go pożreć.
   – Po co zjadać mnie teraz? – zapytał chłopiec. – Pozwól mi żyć kolejne dziesięć lat, a stanę się tak tłusty jak wół, którego zjedliśmy w zeszłym tygodniu.
   – Nie, nie pozwolę ci żyć kolejnych dziesięciu lat. Już jutro zamierzam cię zjeść
 – odpowiedziała straszna kobieta.
   – W takim razie wolałbym, byś mnie zabiła w nocy, kiedy będę spał. W ten sposób umrę nie cierpiąc.
   – Dobrze, zrobię to dla ciebie, pod warunkiem, że pójdziesz spać w tym samym czasie co kury.

   Tego wieczoru Kolia, tak jak chciała jego matka, położył się na swojej macie jeszcze przed zachodem słońca. O pierwszym pianiu koguta, Pani Zinimo weszła do chatki swojego dziecka i rzuciła w nie oszczepem. Jakież było jej zdziwienie, gdy zobaczyła, że Kolia zniknął, a na jego miejscu leży tylko drewniana kłoda przykryta ubraniem. Ale Pani Zimo posiadała zdolność wyczuwania na odległość zapachu swojego syna. Ruszyła więc w pogoń.
   Zinimo! Zinimo! Zinimo! Zi!
   Zinimo! Zinimo! Zinimo! Zi!

   Zbiegły Kolia wbiegł w dolinę, w której pasło się stado bawołów. Najstarszy z nich, zaintrygowany niepokojem chłopca, zapytał co się stało. Gdy ten wyjaśnił jakie niebezpieczeństwo nad nim zawisło, bawoły obiecały ochronić go za pomocą swoich wielkich rogów. Nagle w całej dolinie dał się słyszeć dziwny hałas:
   Zinimo! Zinimo! Zinimo! Zi!
   Zinimo! Zinimo! Zinimo! Zi!

   – Co to takiego? – zapytał stary bawół.
   – To moja matka nadchodzi. Słyszycie dźwięk, jaki wydaje jej pierś.
   – W takim razie uchodź czym prędzej. Nie jesteśmy w stanie ochronić cię przed podobną kobietą.

   Zdesperowany Kolia podjął swoją ucieczkę, aż zatrzymał go potężny lampart.
   – Dokąd biegniesz, chłopcze?
    – Moja matka chce mnie zjeść, więc uciekam.
   – Szybko, schowaj się w moim kryjówce. Twoja matka nie ośmieli się przyjść aż tutaj.

   Gdy tylko Kolia przyczaił się w miejscu, w którym lampart zwykle czatował na swoją ofiarę, ziemia zadrżała, podczas gdy echo napełniło cały las niebywałym hałasem:
   Zinimo! Zinimo! Zinimo! Zi!
   Zinimo! Zinimo! Zinimo! Zi!

   – Co to za osobliwy hałas? – zapytał bardzo przejęty lampart.
   – Nic takiego. To tylko odgłos, jaki powoduje kołysząca się pierś mojej matki.
  – Więc samo kołysanie piersi twojej matki sprawia, że ziemia drży? W takim razie, mały, bierz swoje manatki i spadaj stąd, bo z tego co widzę twoja matka jest jakąś czarownicą, a ja nie chcę mieć nic do czynienia z żadną z nich.

   Wobec tchórzostwa lamparta, Kolia podjął swoją drogę wygnańca. Pokonawszy pięć gór i pięć rzek, gdy zobaczył na polanie barana, który siedział przy warsztacie tkackim i śpiewał monotonnym głosem:
   Nie mam chrapki na nikogo
   I nikt nie ma chrapki na mnie.

   Poinformowany o powodach ucieczki, baran zapewnił:
   – Uspokój się, chłopcze. Jeśli Bóg zechce, twoja matka nie odejdzie stąd żywa.
   Ziemia zadrżała i echo przyniosło straszny łoskot zinimowego cyca.
   – To ona – powiedział Kolia drżąc ze strachu.
   – Nie bój się. Jeśli Bóg chce…
   W tym momencie baran zauważył kilka kroków od swojej chaty Zinimo: starą kobietę o szkaradnej postaci i przekrwionych oczach. W ręku trzymała oszczep. Baran skoczył na nią i jednym gwałtownym uderzeniem głowy wbił oba rogi w cyc czarownicy. Krew popłynęła obfitym strumieniem i ogromna maczuga Zinimo upadła na ziemię.

Morał: Ani siła, ani broń nie może zwyciężyć bez odrobiny odwagi.