86. Strach się bać, czyli podróże językowe

26 października 2013 r.

Stare i mądre powiedzenie mówi: „Co kraj to obyczaj”. Nawet jeśli kraje mówią tym samym językiem, zawsze istnieją między nimi poważne różnice kulturowe. Tę depeszę dedykuję wszystkim znającym język francuski (wystarczy poziom podstawowy) i lubiącym podróżować. Istnieją bowiem pewne sformułowania w tym języku, pozornie zupełnie niegroźne, które na Wybrzeżu Kości Słoniowej nabierają cech obietnic bez pokrycia, obelg, czy wręcz gróźb. Po prostu strach się bać. Oto kilka przykładów:

  

  • Ça va aller – sformułowanie, które wkurza najbardziej podczas spotkań rady parafialnej, albo zebrań ludzi za coś odpowiedzialnych, a które w wolnym tłumaczeniu znaczy: „Będzie dobrze” – jest to w istocie tanie pocieszenie, które wyraża jedynie ogólne życzenie czy też bezpodstawne przekonanie, że wszystko się jakoś ułoży. Osoba je wypowiadająca nie ma najmniejszego zamiaru przejąć się istniejącym problemem ani tym bardziej pomóc w jego rozwiązaniu.
  • On va faire – „zrobi się” (kluczowa przy tłumaczeniu jest forma bezosobowa) – człowiek wypowiadający niniejsze zdanie sygnalizuje subtelnie, że nie bierze absolutnie żadnej odpowiedzialności za to kto ani jak zrobi rzecz, o której akurat mowa.
  • Il faut – odpowiednik polskiego „trzeba by” – zwrot ten oznacza jakąś potrzebę chwili z jednoczesną odmową wzięcia za cokolwiek odpowiedzialności, zupełnie jak w wierszu Aleksandra Fredry pod tym tytułem.
  • J’arrive – czyli „już idę” – zwrot, który wcale nie znaczy tego, co sugeruje. Należy go raczej rozumieć jako: „zacznijcie beze mnie, a ja być może się pojawię, ale broń Boże niczego nie obiecuję”.
  • N’y a pas de problème – najbardziej znienawidzony zwrot przez mojego wujka (o. Andrzeja Kobylińskiego CMF), dosłownie znaczy „nie ma problemu”, ale zdanie to należy rozumieć jako coś zupełnie odwrotnego: „no to teraz masz problem” – gdy słyszymy go od jakiegoś „fachowca” należy natychmiast uciekać, nie czekając na ciąg dalszy. Może się bowiem okazać, że „informatyk” zacznie naprawę naszego komputera od sformatowania twardego dysku, stolarz z którym umówiliśmy się na zrobienie czegoś od ręki będzie miał trzy pogrzeby bliskich w ciągu miesiąca, a sprawa szukania terenu pod nową parafię będzie przeciągana w nieskończoność przez kilka, jeśli nie kilkanaście lat (wszystkie przykłady z życia wzięte).
  • J’ai pense, que… – „myślałem, że…” – zwrot najczęściej związany z poprzednim, ale pojawiający się już po dokonaniu szkody. Próba głupiego tłumaczenia się i przykład uprawiania tzw. „filozofii chłopskiej” (nie mam nic przeciwko filozofii ani ludziom bez wykształcenia akademickiego, którzy żywo się nią interesują, a jedynie przeciwko temu konkretnemu rodzajowi jej uprawiania). Z czasem człowiek dochodzi do wniosku, że większość krzywd dzieje się wyłącznie dlatego, że ktoś coś myślał, zamiast po prostu dobrze wykonać swoją robotę.

Oczywiście by dojść do powyższych wniosków trzeba się najpierw kilka razy sparzyć i zmądrzeć, co mówi trochę o problemach pracy misyjnej.

  

P.S. Zdjęcia do dzisiejszej depeszy pochodzą z akcji ratowania telefonu komórkowego naszego kucharza, który "przypadkiem wpadł do studni". Akcji, trzeba dodać, zakończonej pełnym sukcesem – telefon ciągle działa. Jak widać, dla chcącego nie ma rzeczy niemożliwych.