81. Kopalnie złota

28 kwietnia 2013 r.

Mój tata w czasach swojej młodości był miłośnikiem westernów. W moim życiu zaowocowało to tym, że już jako mały dzieciak znałem takie tytuły „Rio Bravo”, „Siedmiu wspaniałych” czy „El Dorado”, a ich scenariusze twórczo rozwijaliśmy z braćmi i kuzynami podczas zabaw w kowboi i Indian (głównie chodziło w nich o urządzenie jak najlepszych kryjówek przed wrogą „bandą”). Od zarania gatunku jednym z głównych tematów przewijających się w westernach jest oczywiście „gorączka złota”.

  

Nigdy nawet nie pomyślałem, że dane mi będzie zwiedzić kiedyś prawdziwą kopalnię tego drogocennego kruszcu, jakby żywcem wyjętą z Dzikiego Zachodu. Wiele terenów Wybrzeża Kości Słoniowej stanowią obszary złotonośne. Pierwszy prezydent tego kraju - Félix Houphouët-Boigny zdawał sobie sprawę z istnienia bogactw naturalnych ale wiedział również, że nie jest w stanie sam ich wydobywać. Aby to zrobić musiałby zaprosić do współpracy obce koncerny, które słyną z rabunkowej eksploatacji złóż i bogacenia się kosztem mieszkańców. Ukuł zatem hasło mówiące o tym, że Ivoryjczycy zarabiają na swoje utrzymanie własnymi rękoma i oparł gospodarkę na rolnictwie. Dzisiaj kraj zmaga się z innymi problemami, przede wszystkim wszechobecną korupcją, która praktycznie uniemożliwia eksploatację złóż na skalę przemysłową. Miejscami jednak złoża złota położone są przy powierzchni i w zasadzie stanowią główny środek utrzymania mieszkańców okolicznych wiosek, którzy wypłukują drobinki króla metali z ziemi prymitywnymi metodami. Nie są to może jakieś olbrzymie sumy, bo oczywiście najwięcej zarabiają pośrednicy skupujący złoty piasek, ale i tak wystarczają na relatywnie dostatnie życie.

  

Przy jednej z takich kopalni zatrzymałem się w drodze powrotnej jadąc ze spotkania dekanatu w Buyo i dosłownie za kilka złotych udało mi się nawet nabyć szczyptę złotego pyłu. Oczywiście nie po to by nim handlować, ale tylko po to by go mieć. Może i to przeciwko ślubowi ubóstwa, ale pokusa okazała się zbyt wielka...