73. Swoje krytykujecie, cudzego nie znacie

22 grudnia 2012 r.

Niektórzy może zauważyli, że „Depesze” zaczęły ukazywać się również na regionalnym portalu informacyjnym „Podlasie 24”. Nie znaczy to wcale, że nie pozostałem wierny stałym czytelnikom strony Polinowa. Otóż na oficjalnych portalach nie wszystko można powiedzieć, ani tym bardziej napisać. Czasem trzeba teksty nieco ułagodzić, pozostając wiernym politycznej poprawności, a niektórych publikować tam wprost nie wypada. A to, mówiąc wprost, nie bardzo mi pasuje. Tak też ma się sprawa z dzisiejszym tematem.

Można powiedzieć, że święta to czas spotkań, szczególnie z rodziną. A co Polacy lubią robić najbardziej, gdy zbiorą się razem? Oczywiście krytykować i narzekać: na wrednych sąsiadów, głupich polityków i oczywiście środowiska kościelne, w skrócie mylnie nazywane „Kościołem” - „Bo księża to są chciwe, leniwe, niedouczone i w ogóle be…”.

Nie zamierzam podejmować się tu obrony „Kościoła”, bo to nie miejsce ani czas. Zresztą w poszczególnych przypadkach czasami trudno nie przyznać racji stawianym zarzutom. Ważniejsze jest jednak to, że, w odróżnieniu od konstruktywnej krytyki, podobne narzekanie do niczego nie prowadzi. Jak ktoś kiedyś zauważył w podobnym przypadku: „Prawda jest jak dupa – każdy ma swoją”(słowa „dupa” używam tutaj na prawach cytatu, więc proszę mi nie wypominać wulgaryzmów).

 

Zacznę z zupełnie innej beczki. Jeszcze do niedawna posądzałem niektórych współbraci pracujących na Wybrzeżu Kości Słoniowej o rasizm. Wystarczyło jednak trzy lata w Afryce, by niemal we wszystkim zacząć przyznawać im rację i dziwić się, że potrafili wytrzymać tutaj po dwadzieścia lat i więcej. Niech i mnie wolno więc będzie przy tej okazji ponarzekać na stan duchowieństwa, ale nie w Polsce, tylko tutaj, na Wybrzeżu:

  1. Na długo w pamięci pozostanie mi uroczysta msza św. z biskupem na zakończenie sesji otwarcia roku pastoralnego. Seminarium kończyłem we Wrocławiu, więc przy podobnych okazjach jestem przyzwyczajony raczej do majestatu gotyckiej katedry o tysiącletniej tradycji. Tutaj nie dość, że msza odbywała się w salce katechetycznej (tymczasowa sala służąca za katedrę znajdowała się za daleko, bo o jakieś 500 metrów dalej i nikomu jakoś nie chciało się ruszać z miejsca), a kazania nie głosił biskup, ale ksiądz, który czytał gotowca wydrukowanego z internetu (siedziałem w pierwszym rzędzie i mogłem odczytać na górze kartki adres strony, z której pochodził), to jeszcze Pan Jezus w Najświętszym Sakramencie był… hm… lekko nieświeży (hostie czuć było pleśnią) i naprawdę miałem wątpliwości, czy msza św. była ważna z powodu braku postaci eucharystycznych.
  2. Klasykiem jest sprawozdanie księdza odpowiedzialnego zdaje się za duszpasterstwo dzieci w diecezji (tego nie jestem pewien), który na sesji zakończenia roku pastoralnego, poproszony o podsumowanie swojej działalności, w obecności biskupa, wszystkich księży i sióstr zakonnych pracujących w diecezji, bez mrugnięcia okiem stwierdził po prostu: „W tym roku zrobiliśmy niewiele, ale to, co zrobiliśmy, zrobiliśmy z miłością. Dziękuję”. Sprawozdanie przyjęto bez zastrzeżeń.
  3. To, co dzieje się na spotkaniach dekanatu, pominę milczeniem (no może wspomnę tylko, że przysłowiowemu młóceniu słomy, z którego absolutnie nic nie wynika, nie ma tam końca). Podczas jednego z nich spotkałem jednak diakona, który poproszony o przewodniczenie nieszporom nie wiedział, który tydzień Liturgii Godzin aktualnie odmawiamy (w tym miejscu zapewne osoby duchowne i konsekrowane lepiej zrozumieją moje rozterki).
  4. Postawa roszczeniowa miejscowego kleru jest zatrważająca. Jeden ze współbraci opowiadał mi niedawno, że podczas spotkania kleru w ich diecezji padła propozycja, aby biali misjonarze fundowali samochody miejscowym księżom, „no, bo przecież ich stać...”. Pomijam już sprawę, że oczekiwania finansowe naszego biskupa są, delikatnie mówiąc, nieco wygórowane, bo dotyka to wszystkich księży, nie tylko białych; a że ktoś kiedyś podpisał jakiś kontrakt między diecezją a Zgromadzeniem?… Kto by się tym dzisiaj przejmował? Niestety problem ten dotyczy również naszych czarnych współbraci, których podejście do Zgromadzenia przypomina niekiedy stosunek rolnika do dojnej krowy.
  5. Niektórzy misjonarze, wracając po latach na Wybrzeże by odwiedzić parafie które tworzyli i kościoły, które budowali, zaczynają płakać, bo to, co było dopieszczone w najdrobniejszych szczegółach i na co poświęcili najlepsze lata swojego kapłańskiego życia, dzisiaj niejednokrotnie przypomina slums i ruinę. No cóż, takie pojęcia jak piękno i funkcjonalność są tutaj ludziom niejednokrotnie jakby obce.

  

Paradoksalnie, wszystkie powyższe przykłady (a wybrałem tylko kilka najbardziej wyrazistych) są dowodem żywej obecności Ducha Świętego w Kościele… No bo jak inaczej, bez jego działania wytłumaczyć, że pomimo tych wszystkich niedoskonałości Kościół nie dość, że nadal istnieje, to jeszcze prężnie się rozwija? Po ludzku to niemożliwe…