67. Jestem rasistą

30 września 2012 r.

Stare powiedzenie misjonarskie mówi, że misjonarzem zaczyna się być po drugim urlopie (z tym, że ten następuje zazwyczaj po 4-6 latach pracy, a nie – jak w moim przypadku – po trzech). Chodzi chyba o to, że z jednej strony wraca się już bardziej jak do siebie, z drugiej – można zapomnieć o jakiejkolwiek egzotyce – istnieje tylko szara codzienność. I dla mnie nadszedł ten czas. Czy więc od momentu przyjazdu na misje coś się zmieniło w sposobie postrzegania przeze mnie świata? Na pewno. I nie chodzi mi tylko o to, że przytyłem. Pierwszą rzeczą jest chyba to, że stałem się... rasistą!

Nie znaczy to, że nie kocham ludzi, z którymi przyszło mi pracować, albo uważam ich za gorszych od siebie. Stwierdzam po prostu, że istnieją między nami różnice w sposobie pojmowania świata i trudno jest nam znaleźć wspólny język (nie chodzi mi w tym momencie o język francuski, a brak wspólnej płaszczyzny umożliwiającej dialog, jakby ktoś pytał). Pomijam też fakt, że rasizmu nauczyli mnie sami murzyni. Dochodzi do tego, że największym komplementem, który możemy powiedzieć murzynowi, to że myśli jak biały. Podczas wakacji usłyszałem następujący dowcip, który nieźle oddaje to, o czym mówię:

  • Jaka jest różnica między turystą a rasistą?
  • Jakieś 30 minut.

Nie śmieszny? No to posłuchajcie: historia mojego powrotu na Wybrzeże zaczęła się o czwartej nad ranem, kiedy to trzeba było zerwać się z łóżka, żeby zdążyć na samolot. Na lotnisku spotkałem się ze współbratem, o. Tomkiem Pawlikiem CMF, z którym odbywałem dalszą podróż, oraz wspólnymi znajomymi (którzy, nawiasem mówiąc, znaleźli sobie dziwne hobby wstawania w środku nocy by przeżyć ckliwe pożegnanie, a później jakby nigdy nic iść do pracy). Lot do Brukseli minął bez przygód. Na samolot do Abidżanu czekaliśmy 5 godzin, do czego byliśmy przygotowani, w przeciwieństwie do tego, co nastąpiło potem. Bo potem było już tylko gorzej.

  

Przy wsiadaniu do samolotu kilka osób (czarnych) zdążyła się pokłócić o miejsca (nie ważne, że te są numerowane) i przestrzeń w lukach na bagaż podręczny. Kiedy po uprzejmej, ale i stanowczej interwencji załogi wszyscy wreszcie usiedli okazało się, że samolot ma awarię i dla jej usunięcia trzeba opuścić samolot. Zaczęło się ogólne szemranie (słyszałem, że podobna sytuacja miała miejsce dwa tygodnie wcześniej, kiedy na Wybrzeże wracał mój wujek; stąd już tylko krok do wniosku, że przynajmniej Bruss Arliness wysyłają do Afryki swoje najgorsze maszyny). Trudno się tym pretensjom dziwić, ale z drugiej strony lepiej wylądować w końcu na lotnisku w Abidżanie, niż gdzieś po drodze, np. w Morzu Śródziemnym.

Ostatecznie lot był opóźniony cztery godziny. Kiedy wreszcie zmęczeni sześciogodzinnym lotem (19. godzina mojej podróży) wylądowaliśmy w Abidżanie, okazało się, że w dzielnicy, w której mamy parafię, doszło do serii ataków na posterunki policji i żandarmerii. Były ponoć nawet strzały z broni ciężkiej. „Nieznani sprawcy” zabrali broń stróżom prawa i (tfu!) porządku, pozamykali ich w komisariatach i uciekli. Kiedy zdążyli się już dobrze schować i nie było niebezpieczeństwa, że wrócą, na pomoc ruszyły posiłki i tym razem zamknięto całą dzielnicę aż do rana. Noc spędziliśmy więc koczując na lotnisku, próbując zdrzemnąć się na twardych krzesełkach w jakimś bufecie. O szóstej rano wzięliśmy taksówkę i dojechaliśmy do naszej parafii. Taksówkarz zażądał za kurs 4 razy więcej niż normalnie. Byliśmy zbyt zmęczeni i źli, żeby się z nim targować. Zapłaciliśmy.