65. Jedzenie termitów

2 czerwca 2012 r.

Stare powiedzenie mówi: „co kraj, to obyczaj”, a inne: „gorszy się tylko gorszy”. Dotyczy to również kuchni. Kuchnia polska, z uwagi na brak w naszej historii długich okresów głodu, obecnych chociażby w historii Francji, jest stosunkowo uboga w wymyślne dania, i może dlatego tak smaczna. Na świecie je się bardzo różne świństwa. Nie inaczej jest z krajami Afryki.

Weźmy takie termity (nie zamierzam dawać tu wykładu zoologicznego, więc jeśli ktoś jest ciekawy ich trybu życia, nich poszuka informacji w internecie albo poczyta „Tomka na czarnym lądzie” Alfreda Szklarskiego). Małe, białe robotnice są zdatne do jedzenia na surowo (próbowałem tylko raz, po jakimś programie o sztuce przetrwania w trudnych warunkach, ale trudno tu mówić o jakiś walorach smakowych). Prawdziwym przysmakiem jest królowa termitów, jednak wcale nie jest łatwo się do niej dostać. Ukryta mniej więcej pośrodku kopca, w komorze nieco poniżej poziomu ziemi i dobrze strzeżona przez zastępy strażników. Aby się do niej dostać należy rozwalić cały, twardy jak beton, kopiec. Konieczny jest do tego kilof. Kiedy się już tego dokona, reszta termitów nie ma racji bytu i w ciągu kilku dni kopiec pustoszeje.

  

W porze deszczowej za to, zaraz po pierwszych opadach, z kopca wychodzą tysiące skrzydlatych termitów w celu rozmnażania i założenia nowych kopców (królowa jest zapładniana tylko raz w życiu). Rytuał godowy rozpoczyna się w nocy, a jako że skrzydlate termity lecą do światła, wystarczy postawić pod lampą lub latarnią miskę z wodą, by wypełniła się żywą manną z nieba. Rano odcedzamy wodę, a termity wkładamy na pewien czas do rozgrzanego piekarnika, aby je wysuszyć i uprażyć. Podczas prażenia termitom odpadają skrzydła, które następnie należy wydmuchać, bo obstają w gardle. I już możemy siadać do stołu. Termity są bogate w białko i bardzo pożywne, stanowiąc dzięki temu znakomity suplement diety. Ich smak przypomina prażone ziarnka słonecznika.

   

  

Przede mną jeszcze przynajmniej jedno danie, którego boję się spróbować: sos z gąsienic. Ale kiedyś się przemogę i, o ile treść żołądka nie cofnie mi się przy tym do gardła, nie omieszkam Wam o tym opowiedzieć.