59. Mój baobab

4 lutego 2012 r.

Podobno każdy mężczyzna powinien w swoim życiu wybudować dom, spłodzić syna i posadzić drzewo. Znając moje uzdolnienia techniczne, za budowę domu (a tym bardziej kościoła) się póki co nie zabieram. Z płodzeniem synów sprawa jest jeszcze bardziej skomplikowana (nie żeby była całkowicie beznadziejna, ale…). Pomyślałem więc sobie, że chociaż drzewo mógłbym posadzić. Ażeby udowodnić, że nie jest ze mnie znowu aż taka trąba, pomyślałem, że najlepiej gdyby był to jakiś porządny gatunek: dąb, sekwoja, heban, albo… baobab. Czy ktoś z Was może się pochwalić, że chociaż widział takowy, poza ilustracjami Saint-Exupéry’ego czy zdjęciami z podręcznika do geografii? No właśnie...

 

Popchnięty zatem miłością własną, zacząłem szukać po temu sposobności. Po wielu staraniach udało mi się w końcu zdobyć nasiona, na co nasz kucharz oznajmił, że przecież gdzieś w krzakach jeden, kiedyś wycięty baobab ciągle jeszcze regularnie odbija i można wziąć z niego szczepki. Co za szelma?! Jaki tupet?! Nie mógł o tym wspomnieć wcześniej?! W każdym bądź razie posiałem nasionka w foliowym woreczku, przez miesiąc podlewałem, by w końcu, w dniu moich 32 urodzin, uroczyście posadzić baobab na trawniku w bezpiecznej odległości kilku… nastu metrów od domu. Nazwałem go Wojtuś, ale nie ze względu na i tak zbyt wielki egocentryzm, ale szacunek do mojego świętego patrona, wielkiego misjonarza i człowieka, który przez swoje męczeństwo stanął u podstaw niepodległości Polski. On też w końcu wywodził się ze szlachetnego rodu i wcale nie ciągnęło go do biskupstwa.