5. Piment
10 października 2009 r.

"Piment" znaczy po prostu przyprawa. Tak przynajmniej twierdzą słowniki. Prawda jest taka, że słowo to nie ma swojego odpowiednika w języku polskim, a oznacza raczej: "to co pali, piecze i wyżera dziury w języku". Tak przynajmniej ja bym to ujął. To "coś" może być podawane w formie sproszkowanej, płynnej lub w kawałkach. Uwierzcie mi - tabasco to wcale nie najostrzejszy piment na świecie. Posłuchajcie...

  

Pewnego dnia nałożyłem sobie solidną porcję... czegoś tam. W każdym bądź razie był tam ryż, jakiś sos i mięso. W sosie znalazłem coś, co wyglądało na fasolkę szparagową. Nabiłem więc dwa strączki na widelec, włożyłem do ust i... już po chwili wiedziałem, że popełniłem, pierwszy od mojego przyjazdu tutaj, bardzo poważny błąd... Nie potrafię oddać słowami tego, co działo się przez kilka kolejnych minut. W każdym bądź razie najpierw odjęło mi oddech i dostałem wytrzeszczu oczu. Potem zacząłem się obficie pocić, łzy pociekły mi po policzkach, a smarki po brodzie... Gdyby w szklance obok stał ocet, bez wahania wychyliłbym go do dna (na szczęście stało co innego). Wszystko to odbywało się oczywiście przy akompaniamencie spazmatycznego śmiechu wszystkich współbiesiadników.

Aha, jeśli ktoś myślałby, że na pieczeniu języka wszystko się skończyło, bardzo by się pomylił: piment ma to do siebie, że piecze dwa razy: przy wejściu jak i wyjściu z organizmu. Resztę dopowiedzcie sobie już sami...