47. Moje miasto
20 sierpnia 2011 r.

Wszystko, co dobre, zwykło szybko się kończyć. Nie inaczej sprawa miała się z moim urlopem. 17 sierpnia nastąpił więc mój powrót na Wybrzeże Kości Słoniowej. Muszę jednak przyznać, że gdy zjawiłem się w Soubré na wieczornej mszy świętej poczułem, że mimo niechęci opuszczania kraju ojczystego, jestem na swoim miejscu. Inną dobrą stronę tej sytuacji stanowi fakt, że niniejszym wznawiam działalność na łamach wirtualnego Polinowa. Powroty mają to do siebie, że pozwalają inaczej, jakby z zewnątrz, spojrzeć na otaczającą nas rzeczywistość. Nie wszystko jest więc już dla mnie takie nowe i tajemnicze, a egzotyka straciła na swej egzotyczności.

  

Soubré to jedno z wielu bliźniaczo podobnych do siebie miast tropikalnej Afryki. Ich wspólne cechy to: wszechogarniająca brzydota, kurz (lub błoto, jeśli akurat pada) i jakby prowizoryczność wszystkiego, co nas otacza. I góry walających się wszędzie śmieci, których jedynym znanym sposobem utylizacji jest spalenie na miejscu (często w samym centrum). I tłok na ulicach. I szare, betonowe płoty z kolcami, lub tłuczonym szkłem na szczycie. I napotykane na każdym niemal kroku maquis, czyli coś pośredniego między restauracją, jadłodajnią a barem piwnym. I jeszcze... Zresztą, żeby zrozumieć, o czym w ogóle mówię, trzeba tu przyjechać, bo żadne słowa nie są w stanie oddać rzeczywistości.

  

Bez dwóch zdań dominuje architektura barakowa typu entré-couché (wejście-posłanie). Komentować chyba nie trzeba. Często są to po prostu przykryte falistą blachą betonowe klitki z malutkim okienkiem zaraz obok drzwi. Efekt jest taki, że za dnia „dom” zamienia się w piekarnik, a i w nocy panuje w nim zaduch. W żaden sposób nie da się wytłumaczyć ludziom, że gdyby zaplanowali okna po dwóch stronach budynku, mieliby przyjemny przewiew. Większość osób, z którymi na ten temat rozmawiałem twierdzi, że przez dodatkowe okno nawłazi im komarów i będą częściej chorowali na malarię. Sprawa założenia siatek w oknach przewyższa najwyraźniej ich zdolności rozumowania. Panuje zasada: tak było, jest i być musi, więc po co zajmować sobie głowę podobnymi głupotami?

  

Mimo wszystko, jeśli pomieszkać tu trochę dłużej można odkryć, że miasta takie jak Soubré mają swój niepowtarzalny klimat. Bo miasto to nie tylko mury i ulice, ale przede wszystkim ludzie, którzy w nim mieszkają. Trafiają się i dobrzy i źli, piękni i brzydcy, starzy i młodzi, ale zawsze są niepowtarzalni. Wszystko to sprawia, że powoli zaczynam myśleć o Soubré jak o „moim mieście”. Takim, jakim są Siedlce, w których się urodziłem i wychowałem; jak Łosice, w których spędziłem sporą część mojego życia i gdzie wracam zawsze z niekłamaną radością; czy wreszcie Wrocław, w którym spędziłem lata seminarium i gdzie jestem zameldowany. Bo wszędzie tam mieszkają ludzie bliscy mojemu sercu.