3. Pierwsze wrażenia
12 września 2009 r.

Kiedy, nieco wymięty i z lekkim bólem głowy, po kilkunastu godzinach wyszedłem wreszcie z samolotu, było już zupełnie ciemno. Jakoś tak spontanicznie się nastawiłem, że powinno być trochę chłodniej niż w opowieściach tych, którzy już tu byli. I oto trochę się przeliczyłem. Upału co prawda nie było, a nawet wiał lekki wiaterek. Natomiast natychmiast dało się odczuć coś, czego nie potrafię określić inaczej, jak "lepki gorąc". Coś jak na basenie, z tą tylko różnicą, że tam nikt nie chodzi w długich spodniach i marynarce, które to natychmiast zapragnęły wejść z moim ciałem w kontakt nieco bardziej zażyły, niż zwykłe okrycie. Do tego jeszcze charakterystyczny zapach, którego do dzisiaj nie potrafię zidentyfikować: miał w sobie coś z wędzenia wędlin na święta, choć był dużo bardziej subtelny i... mokry.

Po drodze do samochodu paszport sprawdzali mi chyba ze trzy razy i to zawsze w asyście co najmniej dwóch żołnierzy z kałasznikowami w dłoniach. Kiedy jednak zobaczyłem ludzi w białych kitlach i maskach chirurgicznych na twarzach pytających o moją książeczkę szczepień, musiałem się już pilnować, by nie parsknąć śmiechem.

Po odebraniu bagaży natychmiast znalazł się człowiek, który za wszelką cenę pragnął nam pomóc zanieść wszystkie walizki do samochodu (nie za darmo oczywiście). Po drodze pierwsze zdziwienie: bloki mieszkalne. Nie biurowce, które widziałem już na zdjęciach, ale najnormalniejsze w świecie bloki... takie z balkonami i w ogóle.

  

Noc spędziłem u naszych współbraci w Abidżanie, a rano czekała mnie sześciogodzinna jazda samochodem do Soubré - docelowego miejsca mojej podróży. Po drodze mi się przysnęło, no bo ile można gapić się na palmy i pola uprawne, wyglądające zresztą jak nasze zarośla. Poza tym po poprzednim dniu naprawdę byłem zmęczony. Obudziło mnie uderzenie głowy w dach samochodu. To, po czym jechaliśmy przypominało krajobraz po bitwie, z tą różnicą jedynie, że za dużo ludzi wokół jeszcze się ruszało. Zacząłem się właśnie zastanawiać, jakimi drogami jedzie nasz kierowca żeby skrócić sobie drogę, gdy ten po kilkuset metrach skręcił i nagle znaleźliśmy się na terenie parafialnym.