25. Szybki urlop
10 lipca 2010 r.

Pisząc ostatnią depeszę wspomniałem, że potrzebowałem wakacji. Sprawa nie jest taka prosta, bo urlop przysługuje mi dopiero w przyszłym roku, a to trochę daleko. Z bratem Janem udało nam się jednak wykroić kilka dni wolnego. Taki długi weekend... tylko jakby na odwrót.

Po uroczystym zamknięciu roku pastoralnego 2009-2010, w poniedziałek rano odprawiłem jeszcze mszę św. i ruszyliśmy w drogę (na parafii został Gaston, którego przed końcem stażu trzeba było jeszcze dobrze wykorzystać). Najpierw postanowiliśmy odwiedzić współbraci w Bouaflé (to jedna z trzech parafii klaretyńskich na Wybrzeżu). Dla mnie było to przy okazji spotkanie rodzinne, bo od kilku lat pracuje tam mój stryj (historie rodzinne pozostawmy jednak na boku), zaś dla brata Jana, który przepracował tam kilka ładnych lat, okazja odwiedzenia licznych znajomych. Ogólnie spotkanie przebiegło w atmosferze radości, a przy okazji pękła butelka wina z 1973 roku (pierwszy raz piłem alkohol starszy od siebie!) - ostatni okaz z zapasu wykupionego kilka lat temu za bezcen z opróżnianych magazynów portowych w Abidżanie. W ten sposób partycypowaliśmy w 60 urodzinach stryja, do których brakuje mu co prawda jeszcze dwóch lat, ale usprawiedliwiały nas mające wkrótce nastąpić zmiany personalne oraz korek od butelki, który zaczynał już gnić i nie wytrzymałby dłuższej próby czasu (można więc powiedzieć, że uratowaliśmy w ten sposób jeden ze skarbów Zgromadzenia).

   

W czwartek, pożegnawszy współbraci, udaliśmy się do Yamoussoukro (polityczna stolica kraju), gdzie najpierw wymoczyliśmy się w basenie przy hotelu "Prezydenckim", a potem pokosztowaliśmy żabich udek w pobliskiej restauracji (również pierwszy raz w życiu). Tym razem darowaliśmy sobie już karmienie krokodyli w prezydenckiej sadzawce i po odwiedzeniu kilku sklepów zajechaliśmy pod słynną bazylikę, którą opiekują się polscy Pallotyni (o samej bazylice opowiem innym razem) i modlitwą na zakończenie dnia rozpoczęliśmy mini-rekolekcje. O rekolekcjach zakonnych pisał nie będę. Kto był, ten wie dlaczego: nie dzieje się w ich czasie absolutnie nic. Nawet rozmowy są zawieszone.

  

W sobotę przyszedł czas powrotu. Po drodze wstąpiliśmy jeszcze na targ tradycyjnych pamiątek i rzeźb w Daloa. Stosunkowo niedrogo (po kilkunastu minutach targowania) można tu kupić nawet rzeźby z kości słoniowej (niestety ich przewóz do Unii Europejskiej jest ściśle zabroniony, co dotyczy także innych przedmiotów pochodzenia zwierzęcego, więc nie polecam). Oprócz jakiś drobiazgów kupiłem bardzo wygodne rzeźbione krzesło, idealne do odmawiania brewiarza w pokoju.

Po powrocie czekał nas niestety powrót do brutalnej, choć wcale nie tak szarej rzeczywistości, i w niedzielę znowu musiałem wstać o czwartej nad ranem, żeby skończyć kazanie. Aby do poniedziałku...