24. Robota dla idiotów, czyli dlaczego lubię poniedziałki
26 czerwca 2010 r.

Przepraszam tych wszystkich stałych bywalców niniejszej strony [depesze pierwotnie ukazywały się na www.polinow.pl], którzy przed dwoma tygodniami czekali na kolejną depeszę, a dostali tylko kilka zdjęć. Potrzebowałem wakacji, również od pisania. Może na to nie wygląda, ale napisanie krótkiej depeszy, dobranie zdjęć, a później nieustanne jej poprawianie, zabiera mi zazwyczaj kilka godzin. A po naprawdę gorącym okresie (dosłownie i w przenośni) ostatnich trzech miesięcy, miałem zwyczajnie wszystkiego dosyć. A kiedy mam wszystkiego dosyć, najlepszym lekarstwem jest tytułowa "robota dla idiotów". Ale po kolei.

Ważnym pytaniem dla księży na całym świecie jest, co zrobić, by również dla nich niedziela była dniem świątecznym. Prawda jest taka, że najczęściej jest ona najbardziej pracowitym dniem w tygodniu, ale tłumaczenie się nadmiarem obowiązków nie zwalnia przecież od zachowywania Bożego Przykazania. Znam kilka patentów, ale żaden jakoś szczególnie odkrywczy, a że problem dotyczy bardzo wąskiej grupy społecznej, nie będę poświęcał temu tematowi więcej miejsca. Chciałem tylko powiedzieć, że moim ulubionym dniem tygodnia jest... poniedziałek.

 

Jak sama nazwa wskazuje, poniedziałek jest dniem następującym po niedzieli, a więc mamy już za sobą piątkową naukę katechizmową, sobotnią katechezę i spowiedź, niedzielne kazanie, które znowu trzeba było kończyć w niedzielę o czwartej nad ranem, bo sobotnim wieczorem nie starczyło już sił, oraz wszystko to, co trzeba zrobić niedzielnym popołudniem (np. spotkanie grupy powołaniowej czy uczestnictwo w jakimś innym spotkaniu, na którym obecność księdza jest pożądana). Przy tej okazji odkryłem, że o godzinie 20:00 strasznie głupio brzmią słowa hymnu Kiedy ranne wstają zorze odmawianego czasem w Liturgii Godzin.

W poniedziałek mózg ma więc prawo być już nieźle zlasowany i każda robota umysłowa jest po prostu niemożliwa. Znaczy, że po porannej mszy św. można z powrotem położyć się spać aż do południa (ze dwa razy mi się zdarzyło) albo znaleźć sobie jakieś pożyteczne zajęcie, niewymagające absolutnie żadnego wysiłku intelektualnego. Takich na szczęście nigdy tu nie brakuje. Można by nawet rzec, że to "nigdy nie kończąca się opowieść".

  

Przed jej rozpoczęciem warto jeszcze wymyślić jakąś intencję, ale z tym też nie ma problemów, bo normalnie jest ich aż nadto: o potrzebne siły, za rodzinę, przyjaciół, penitentów, stałych bywalców www.polinow.pl, itd. I już można zabierać się do dzieła. Ostatnio upodobałem sobie np. porządkowanie terenu misji ze ściętych liści palmowych (plantacja palm oleistych to hobby proboszcza), które później można spalić. Ale równie dobrze może to być malowanie, ścinanie gałęzi czy noszenie betonowych cegieł na budowę. Człowiek wypoci przy tym kilka litrów wody (wcale nie przesadzam: zwykle jakieś dwa lub trzy, ale jak ktoś ma siłę i zacięcie, może więcej) i o niczym nie myśli, a jeśli już, to o pierdołach. Umysł chodzi więc na jałowym biegu i o to właśnie chodzi. Dodatkowo dzięki wysiłkowi fizycznemu w organizmie zaczyna wytwarzać się endomorfina (tzw. hormon szczęścia, czyli taki naturalny narkotyk kilkukrotnie silniejszy od morfiny), która wspomagana szklaneczką zimnego piwa w południe potrafi wprawić człowieka w istną euforię.

Przy okazji można się również nauczyć wielu ciekawych rzeczy, np. jak ukłujesz się palmowym kolcem w kostkę u nogi, ta spuchnie i będzie boleć przez dwa dni jak po skręceniu; mrówki mieszkające na drzewach oblezą każdego, kto próbuje zniszczyć ich domostwo, lub choćby trasę przelotową; nie należy stawiać nogi pośrodku deski przerzuconej nad wykopem itd.

Potem już tylko zimny prysznic, modlitwa w ciągu dnia, obiad i sjesta... Ale zdaje się, że o sjeście już opowiadałem...