16. Problemy z prądem i nie tylko
27 lutego 2010 r.

Poniższą sytuację w kilku zdaniach zrelacjonowałem przez telefon jednemu z moich braci, który stwierdził, że byłby z tego niezły materiał na kolejną depeszę. Może więc moje problemy zainteresują nie tylko jego?

Zacząć trzeba od tego, że od początku lutego mamy problemy z prądem. Sprawę pogarsza dodatkowo fakt, że nie ma również wody (pompy miejskie działają na prąd). Do tej pory woda pojawiała się w okolicach trzeciej nad ranem, co jednak pozwalało napełnić zbiornik znajdujący się na naszej prywatnej wieży ciśnień. Teraz nawet żeby spuścić wodę w ubikacji, trzeba ją nosić w wiaderku na pierwsze piętro (a wcześniej przywieść od sióstr ze studni głębinowej). Niby nic z czym człowiek by sobie nie poradził albo na co w warunkach misyjnych nie byłby przygotowany, ale fakt pozostaje faktem. O wiele ciekawsze jest jednak to, dlaczego tak się dzieje.

  

Nie powiem chyba nic nowego jeśli stwierdzę, że politycy kradną. Tak było, jest i będzie, bo jak mówi stara prawda: to "okazja czyni złodzieja" i żeby się jej oprzeć trzeba być chyba Tomaszem Morusem. Jednak tutejsi politycy zapomnieli najwyraźniej, że aby kraść - trzeba mieć z czego, bo z pustego i Salomon nie naleje, a to, czego nie ma - nawet Arsen Lupin nie ukradnie. To, że w kraju produkuje się za mało energii elektrycznej i że jest to naglący problem, wiadomo było od dziesięciu lat. Pieniądze z podatków znajdowały jednak zawsze jakieś, widać pilniejsze, "inne zastosowanie". No i starczyła jedna z pozoru niegroźna awaria, by kraj pogrążył się w ciemnościach. Niestety dosłownie.
Nawiasem mówiąc, w życiu nie widziałem tylu gwiazd! Sprawdzałem też, czy da się odmawiać brewiarz tylko przy świetle księżyca, bo odkąd próbowałem ładować moją latarkę podczas burzy, musi mi wystarczyć świeczka. Wszystkich zainteresowanych pragnę uspokoić: przy pełni - można!

Tak więc według planu, w każdym miejscu kraju powinno nie być prądu przez jakieś 8 godzin dziennie (wyjątek stanowią miejsca o dużym zagęszczeniu fabryk). Plan funkcjonował dobrze, przynajmniej przez pierwsze cztery dni. Okazało się bowiem, że szef jednej z elektrowni pracuje w naszej części miasta, a mieszka w zupełnie innej. Mamy więc prąd codziennie w godzinach jego urzędowania, a w każdym razie przed jego powrotem do domu, więc gdzieś między 9:00 a 19:00 (na szczęście to wystarczy, żeby zamrażarka zatrzymała ujemną temperaturę nawet w czasie obecnych upałów). Stan taki najprawdopodobniej utrzyma się dopóki ktoś nie spali mu chałupy, więc sprawa nie jest znowu aż tak beznadziejna. Czekamy...

  

Brak prądu powoduje zastój, i tak już zniszczonej przez dziesięć lat wojny domowej, gospodarki. A tak - wojny, bo ta, która wybuchła w Wigilię Bożego Narodzenia 1999 roku (otwarcie roku jubileuszowego 2000-lecia chrześcijaństwa) nigdy oficjalnie się nie zakończyła i mimo obecnego względnego spokoju, kraj dalej jest podzielony. Jakby tego było mało, prezydent pod niejasnymi zarzutami rozwiązał rząd i komisję, która od dwóch lat prowadziła spis ludności w celu przygotowania wyborów prezydenckich, odkładanych zresztą już od trzech lat. No i zaczęły się zamieszki i protesty. Kilka osób zginęło. W związku z tym, pierwszą decyzją prezydenta była oczywiście... ucieczka z kraju (przynajmniej najprawdopodobniej, bo na dobrą sprawę nikt nie wie, gdzie przebywa). Nieobecnego prezydenta nie da się przecież obalić, a nawet jeśli komuś udałoby się zająć jego stołek, ten na arenie międzynarodowej zawsze będzie mógł zgrywać męczennika.
Z niepokojem wyglądamy więc już tylko iskry, której brakuje, by beczka prochu na której siedzimy się rozp... eee... ękła.

No, a ja znowu będę musiał pójść po wodę, bo wiaderko zupełnie już puste...