15. Dzień na misji
13 lutego 2010 r.

Afryka nie potrzebuje, by dla niej umierać.
Afryka potrzebuje, by nauczyć się dla niej żyć.

(przysłowie misyjne)

Przeczytawszy kilka poniższych tekstów ktoś mógłby odnieść mylne wrażenie, że misje to nieustające wakacje: wieczne lato, egzotyczna kuchnia, codzienna poobiednia drzemka itp. Wszystko to brzmi pięknie, ale prawda jest taka, że pierwsze tygodnie pobytu tutaj upłynęły mi pod znakiem szamotaniny i walki z własnymi ograniczeniami. Uuu... zabrzmiało poważnie, a chodzi mi jedynie o umiejętność odpowiedniego zorganizowania czasu i pogodzenia się z niektórymi rzeczami. Nie chodzi przecież o to, by urobić się po pachy, ale coś zrobić, i to porządnie - czyli tak, jak powinno być. Proboszcz oczywiście powiedział mi dokładnie jak najlepiej uporządkować różne obowiązki, ale człowiek to już taka istota, że najlepiej uczy się na własnych błędach, więc zajęło mi to trochę czasu. Najlepiej więc prześledzić typowy dzień na misjach:

  

O szóstej pobudka. Jest jeszcze zupełnie ciemno, bo słońce przez okrągły rok słońce wschodzi tu w okolicach 6:30, a zachodzi o 18:30. Zaś poranek czy zmierzch, czyli czas przejściowy między nocą a dniem, to sprawa najwyżej kilku minut... Paf! - i już jest dzień albo noc. Jakąkolwiek robotę fizyczną trzeba odwalić rano. Im wcześniej, tym lepiej. Z wyjątkiem środy i piątku: o 7:00 msza (z tej przyczyny środa i piątek są najlepszymi dniami do poważniejszych robót, bo można je zacząć już o 6:30), potem szybkie śniadanie w stylu francuskim (kawałek bagietki i marmolada) i można brać się do roboty. Ale uwaga, jeśli jest to np. praca w ogródku, zazwyczaj ok. 10:00 trzeba się już zwijać, bo jak słońce zbyt mocno przypiecze mózgownicę, może być problem (dlatego też np. podwiązywanie pomidorów zajęło mi jakieś dwa tygodnie).

12:00 obiad i sjesta, o której była już mowa. W planie trwa do 15:00, ale jak potrwa z pół albo nawet godzinkę dłużej, przecież i tak nic wielkiego się nie stanie... W niektórych przypadkach można skończyć wcześniej zaczętą robotę, częściej jednak przygotowuje się warsztat pracy na dzień następny (sprawdza narzędzia, miesza farbę, nosi deski, ostrzy kołki itp.). Zazwyczaj jednak to czas na przygotowanie katechez, kazania, czy co tam jeszcze jest do przygotowania, a więc praca biurowa.

O 18:00 wspólne nieszpory i różaniec (w środy i piątki również msza). Po modlitwach mają zazwyczaj miejsce spotkania różnego rodzaju grup i ruchów, więc frekwencja na początku kolacji (o godz. 19:00) wygląda różnie, ale wcześniej czy później schodzą się wszyscy (tzn. ja, proboszcz, brat Jan i Gaston - nasz kleryk na roku pastoralnym). Po kolacji... Ach... Po kolacji zaczyna się najprzyjemniejsza część dnia (poza sjestą oczywiście). Wreszcie troszkę chłodniej, słońce nie pali, robota nie goni. Można więc jeszcze chwilkę wspólnie posiedzieć przy stole czy gdzieś na schodach domu, dzieląc się przy tym różnego rodzaju historyjkami, obejrzeć wiadomości lub brazylijski serial w telewizji, a potem, jeśli tylko wyrobiliśmy się z pracą biurową na dzień następny, poczytać czy też napisać list lub kolejną depeszę