14. Droga do szczęścia
30 stycznia 2010 r.

Ostatnia depesza była trochę dłuższa, ale i temat ważny. Na tyle ważny, że postanowiłem w pewien sposób go pociągnąć. Poniższą historyjkę usłyszałem kiedyś na wykładzie z filozofii i nieznacznie tylko przerobiłem, żeby lepiej pasowała do sytuacji. Posłuchajcie:

Leży sobie Ivoiryjczyk (mieszkaniec Wybrzeża Kości Słoniowej) w hamaku rozpiętym w cieniu rozłożystego mangowca i przez całe popołudnie nawet nie drgnie. Muchy łażą mu po twarzy, jedna usilnie chce zbadać wnętrze jego nosa, a on nic... Kwintesencja bezruchu... jednym słowem: sjesta...

  

Obok przystaje pewien toubabou i przygląda się dłuższą chwilę.
- Przepraszam, - mówi w końcu - ale co pan robi?
Ivoiryjczyk podnosi lekko lewą powiekę, patrzy na przechodnia na wpół przytomnym wzrokiem i powtórnie zamyka oko. Przez kilka sekund milczy, by w końcu jednak odpowiedzieć:
- Leżę.
Toubabou wydaje się być lekko zaskoczony bezpośredniością odpowiedzi, ale nie rezygnuje. Widać, że gryzie go jakiś wewnętrzny problem.
- Jakbyś znalazł sobie jakąś robotę, mógłbyś zarobić trochę grosza! - wypala w końcu.
- A po co? - pyta Ivoiryjczyk, tym razem nawet nie podnosząc powieki.
- Jak to po co? - niecierpliwi się lekko toubabou - Jakbyś miał wystarczająco pieniędzy na życie, resztę mógłbyś zainwestować w jakiś interes.
- A po co? - pyta ponownie Ivoiryjczyk.
Toubabou powoli zaczyna się denerwować, ale się nie poddaje.
- No po to, - tłumaczy jak dziecku - że mógłbyś je znowu zainwestować i zarobić jeszcze więcej pieniędzy.
- A po co? - pyta ponownie Ivoiryjczyk.
- No jakbyś miał już kiedyś tyle pieniędzy, że starczyłoby ci do końca życia, to mógłbyś się położyć i nic nie robić.
- A twoim zdaniem to co ja właśnie robię?