11. Afrykańskie Boże Narodzenie

Tegoroczne święta były pierwszymi w moim życiu spędzonymi na obczyźnie. Zaczęło się oczywiście od generalnych porządków i dekoracji refektarza: szopka ze świeżym sianem (tym razem nie było problemów z jego zdobyciem - starczyło wyjść przed dom i zgarnąć trochę skoszonej trawy), kolorowe łańcuchy nad oknami i migające lampki tworzące niepowtarzalny i prawie magiczny nastrój. Wigilijną wieczerzę zaczęliśmy zaraz po wieczornej mszy dla dzieci. Po lekturze Pisma Świętego i połamaniu się opłatkiem, cała nasza czteroosobowa wspólnota siadła do stołu. Była zupa grzybowa, kapusta z grzybami i smażona ryba, a na koniec, francuskim zwyczajem, szampan (to ichniejszy odpowiednik naszego opłatka, którym to w myśl zasady, że "gorszy się tylko gorszy", gorszyć się nie należy). Dodatkową atrakcją był fakt, że wiele polskich zwyczajów trzeba było tłumaczyć naszemu klerykowi - Gastonowi, a przy okazji samemu głębiej uświadamiać sobie ich znaczenie i wymowę. Nie mogło też oczywiście zabraknąć prezentów w postaci zaklejonych kopert z dodatkowym kieszonkowym i świętych obrazków. Potem jeszcze tylko szybki telefon do rodziców i wyjazd na wioskę, by tam sprawować mszę pasterską. Dopiero pod jej koniec dowiedziałem się, że to pierwsze Boże Narodzenie, które dane jest tej wspólnocie przeżywać razem z kapłanem.

  

Po mszy wspólny posiłek dla całej wioski: ryż z jakimś sosem (jak zwykle diablo... ups, sorry... chciałem powiedzieć: bardzo ostrym), popcorn(!), a nawet "pączkowe" ciastka (tutejsza specjalność). Po posiłku - wspólne oglądanie filmu o życiu Jezusa: ktoś wyniósł telewizor, ktoś inny pożyczył odtwarzacz DVD. Dzieciaki były zachwycone!

Noc spędziłem w jednym z domów, gdzie dostałem pokój wyposażony nawet w wentylator. Mama właścicielki, kobieta niemówiąca właściwie po francusku, na noc wypożyczyła mi swój ukochany obraz Jezusa ukrzyżowanego (my nazwalibyśmy go odpustowym kiczem, dla niej stanowił prawdziwy skarb). Prosty gest, a jak wymowny...

  

Rano, załadowawszy na pakę samochodu podarowane owoce i żywego koguta, wracałem na parafię wyśpiewując przez całą drogę polskie kolędy, których jakoś mi zabrakło. Na mszy o 9.00 ochrzciłem czwórkę dzieci (chrzty dzieci, choć nie są już wyjątkiem, ciągle stanowią dużą mniejszość w stosunku do liczby chrztów młodzieży i dorosłych).

Ogólnie było skromnie i daleko od domu, ale uroczyście, i jak ująłby to zapewne mój tato, "to coś", co unosiło się w powietrzu, było właśnie "tym czymś", a ja dawno już nie czułem takiej radości z faktu, że Bóg stał się człowiekiem.