10. Owoce
19 grudnia 2009 r.
 
 
 
 
 

 

Lecz ja pragnę zachować swe moce
na uczty ostatek, gdy dadzą owoce!

To cytat z jednego z trzech wielkich poematów o obżarstwie mojego stryja - o. Andrzeja Kobylińskiego CMF, które napisał niedługo po swoim przyjeździe do Afryki. Kiedy tworzył owe wiekopomne dzieła, w Polsce kończył się właśnie komunizm, a pomarańcze dalej można było kupić tylko na Boże Narodzenie. Mimo że dzięki Bogu komunizm w Polsce skończył się ponad dwadzieścia lat temu, to tutaj pierwszy raz jadłem np. papaje. Podobno przepadają za nimi afrykańskie świnie i polscy misjonarze. A i owszem - najlepiej smakują z dodatkowymi kilkoma kroplami soku z cytryny lub limonki. Całkiem niezły jest też robiony z nich domowym sposobem dżem. Natomiast mango, wybrane kiedyś najsmaczniejszym owocem świata, podaje się bez dodatków (jest ich ponad 500 odmian, więc na monotonię narzekać nie można). Podobnie zresztą jak ananasy, które mają tak intensywny smak (tutejsze, nie te z supermarketu), że po kilku kawałkach język zaczyna drętwieć i mimo najlepszych chęci nie da się zjeść więcej. Są też pomarańcze, kokosy, grejpfruty i wiele innych, których nazwa nic Wam raczej nie powie (np. corosole) no i oczywiście banany. Ale banany to już zupełnie inna historia i opowiem ją innym razem.

  

Jeden z moich współbraci pracujących obecnie w Chile, dzieląc się swoimi przeżyciami stwierdził, że pustynia, na której pracuje, jest dla niego rajem, a to z tej prostej przyczyny, że Bóg chce go tam mieć. Mi więc chyba przypadł w udziale raj do kwadratu. Od dawna zresztą uważam, że świat jest miejscem ze wszech miar wojciecholubnym. Narzekać nie zamierzam!